Nauczyciel z Norymbergii

Kilka tygodni temu odwiedziłem największe na świecie targi gier i zabawek, które odbywają się co roku w Norymberdze. Różniaste cuda i dziwy tam widziałem jednak najbardziej niezapomnianym doświadczeniem okazało się spotkanie z pewnym autorem gier, który nie do końca chyba świadomie, jest wielkim nauczycielem wiary we własne siły.

Do Norymbergii pojechałem służbowo. Pracując na stoisku Granny odbyłem kilkadziesiąt spotkań z autorami gier, szukając świetnych tytułów które moglibyśmy wydać. Samo znalezienie się po „drugiej stronie barykady” było dla mnie już niezwykle ciekawym doświadczeniem. Do tej pory to ja, jako autor, spotykałem się z wydawcami i próbowałem ich przekonywać do własnych pomysłów.

Zwykle autorzy pojawiali się z jednym projektem, czasem dwoma, nieliczni mieli trzy gry do zaprezentowania. Na jedno z umówionych spotkań przybiegł energiczny mężczyzna ciągnąc za sobą gigantyczną walizę. Sam tak wielkiej nie mam, a zwykle na wakacje wozimy ze sobą więcej rzeczy niż nam potrzeba.

Usiadł, wyciągnął wielki segregator i zaczął prezentację. Na każdej stronie widać: tytuł gry, dwuzdaniowy opis, wypunktowane zalety gry, przykładowy obrazek. Gościu się rozgaduje – o każdej grze mówi trzy okrągłe zdania, jak o konserwie rybnej lub szamponie do włosów i leci dalej. Szczęka powoli mi opada, więc zaczynam zadawać pytania.

– A czy w tej grze nie dochodzi do takiego problemu że w połowie gry gracze nie mają już żadnych surowców do zdobycia? – staram się zatrzymać przy czymkolwiek na chwilę i zadać merytoryczne pytanie, bo coś mi tu nie gra.

– No, no – that is not a problem! – odpowiada autor z uśmiechem. – I will show you another one.

– Przepraszam a ta gra jest dość podobna do gry Ubongo, wydnej przez Kosmos. Czym się różnią zasady? – dopytuję dalej upierdliwie.

– No, no – that is not a problem! I will show you another one.

– Tyle gier. Musi Pan mnóstwo testować. Ile sesji testów tygodniowo? – próbuję uderzyć w nutę „kolega po fachu”.

Tu wreszcie imć autor przerwał słowopotok, spojrzał mi prosto w oczy i wypalił:

– Szczerze? Nie grałem nigdy w większość z tych gier które Panu prezentuję.

Staram się nie opluć kawą autora i jego grubaśnego katalogu. Tym razem szczęka wypadła mi na podłogę. Próbuję sformułować sensowną ciętą ripostę ale z moich ust wydobywa się jedynie: – Why?

– No wie Pan, jeśli wydawcy te moje gry wydają, ludzie je potem kupują i w nie grają to może ja po prostu nie muszę ich testować – wyjaśnił mi imć autor, nadal z uśmiechem na twarzy.

Rozstaliśmy się dość szybko, po krótkiej dyskusji, nie udało nam się chyba nawzajem dobrze zrozumieć. Ja czułem się urażony jego bezczelnością, on chyba zaskoczony moją rezerwą. Opowiadałem potem tę historię kolegom z wydawnictwa i znajomym autorom. Jakiż tupet ma facet myślałem, że chodzi po targach gdzie są wszyscy najważniejsi wydawcy gier w Europie i pokazuje im swoje całkiem nieprzetestowane pomysły.

Minęło parę tygodni i nadal myślę o panu z walizką, ale już w nieco inny sposób. My autorzy mamy czasem tendencję do nadmiernego przywiązywania się do swoich pomysłów. Staramy się szlifować jakiś projekt, aż będzie lśnił i okaże się najlepszy na świecie. Tymczasem prawda jest taka, że gra albo jest bardzo dobra, albo nie. Oczywiście trzeba włożyć w dany pomysł określoną ilość pracy żeby był gotowy, ale zwykle już po pierwszych testach czuć wielkość, lub widać jak na dłoni, że projekt może tylko oscylować gdzieś pomiędzy „ok” i „całkiem poprawnie” ale świętym graalem raczej nie będzie.

Czasem też boimy się pokazać nasze dzieło światu, bojąc się krytyki, a może być tak że gra testowana w wąskim gronie rozbłyśnie dopiero pokazana innym graczom. Może brak nam trochę wiary we własne siły?

Nie namawiam absolutnie do przyjmowania takiej postawy jak autor z walizą, ale jestem już pewien że w jego „I’ll show you another one” kryje się coś więcej niż bezczelność. Naprawdę nie warto ucinać głowy własnym pomysłom zanim zrobi to za nas świat. Jeśli są złe i tak nikt ich nie kupi, jeśli są dobre dajmy im szansę! Zawsze przecież można wymyślić potem another one.